Żar się leje z nieba, termometr nieubłaganie wskazuje 29,5 stopni.
Będąc na wakacjach z pewnością przyjęłabym taka pogodę jako nagroda po ciężkiej pracy, jednak będąc w pracy przyjmuje to jako karę.
Dzień typowo samochodowy, jedno spotkanie goni drugie, a w oddali majaczy już kolejne.
Strój biurowy: spódnica, bluzka (dobrze, że to korpo nie wymaga rajstop i butów zakrytych).
Wsiadam do auta przed mną 50 km i... klima nie działa!
Cóż przecież można otworzyć okno!
Przed laty nikt nie miał klimy i można było żyć?
Ano można.
Jadę,wmawiając sobie, że jak wysiądę spódnica nie będzie przyklejona do mojego zadka, a bluzka nie będzie się kleić tam gdzie nie trzeba.
Cały czas włączam, przełączam, szereg guzików które mam nadzieję, że sprawią przyjemny chłód w moim wozie...
Jednak moje odczucia są zupełnie inne: czuje, że pewna część mojego ciała jest gorąca, że chyba ostatni raz taka była siedząc na piecu u Babci.
Walczę nadal z guzikami, pokrętłami i wszystkimi gałkami w zasięgu ręki.
I... ku mojemu zdziwieniu widzę wesoło migoczący przycisk, który moi Panowie pokazywali mi kilka dni wcześnie chwaląc jego przydatność jak na dworze będzie zimno, a nawet bardzo zimno.
W głowie szukam czemu służy i czym prędzej wyłączam funkcję podgrzewania. W chwili gdy, okolice siedzenia robią się chłodniejsze moja radość jest tak ogromna, że właściwie zapominam o tym jaka jest temperatura w aucie i że jeszcze chwilę temu miałam gorętszą atmosferę. Jadę nie bacząc na brak klimy, z otwartym oknem mijam kolejne kilometry, nawet pojawia się uśmiech na mojej twarzy bo wszak jest znacznie chłodniej niż chwilę temu :)
Dojeżdżam, wysiadam i w głębi cieszę się, że mogło być przecież gorzej!
Moja szklanka jest do połowy pełna :)


Brak komentarzy:
Prześlij komentarz